Drugi tom sagi o młodym czarodzieju skupia się na poznawaniu tajemnic tego, którego imienia nie wolno wymawiać. O ile pierwsza część była była wprowadzeniem do samego uniwersum brytyjskiego świata magii i czarodziejstwa, o tyle druga jest wstępem do poznania drogi, którą przebył wysoki, przystojny prymus z sierocińca – Tom Marvolo Riddle, aby stać się budzącym grozę czarnoksiężnikiem, którego imienia nie wolno wymawiać. W „Komnacie Tajemnic” autorka naprowadza czytelników na trop podobieństw między Voldemortem, a tytułowym bohaterem. Motyw ten przewija się w powieści wielokrotnie – wężoustość Harrego, chęć dotarcia do prawdy, co ukryte jest w Komnacie Tajemnic czy tajemnice przed dyrektorem szkoły, Albusem Dumbledorem.
W tym drugim tomie serii dowiadujemy się także o czymś, co w kontekście wojny czarodziejów jest niesłychanie ważne – o statusie czystości krwi, szlamach i charłakach. Dowiadujemy się historii czworga założycieli Hogwartu i konfliktem między Salazarem Slytherinem i pozostałym trojgiem – Godrykiem Griffindorem, Helgą Hufflepuff i Roweną Ravenclaw. Jako ciekawostkę warto tu wspomnieć fakt, że imię założyciela, cieszącego się złą sławą domu w Hogwarcie jest nawiązaniem do António de Oliveiry Salazara, portugalskiego dyktatora.
Podczas czytania tego tomu miałam odczucie, że jednym z większych problemów były tytułowe tajemnice. Wszak, gdyby Harry i Ginny mieli świadomość, że Tom Marvolo Riddle i Lord Voldemort to jedna i ta sama osoba, nie daliby się omamić jego dziennikowi. Ginny nie zwierzałaby się Riddle'owi ze swoich problemów, a on nie odzyskiwałby w ten sposób mocy, Harry zaś nie oczekiwałby od Riddle'a pomocy. Dzięki tym tajemnicom jednak, Harry, Ron i Hermiona podobnie jak w pierwszej części zmuszeni są przeprowadzić śledztwo, które doprowadza ich do odnalezienia miejsca ukrycia Komnaty Tajemnic, tego, czym jest, czająca się w niej groza, niewinności Hagrida i wielu innych zagadek. A więc tego wszystkiego, czego ani ministerstwo ani żaden z wybitnych czarodziei jak Albus Dumbledore, Minerwa McGonagall, Severus Snape, Alastor Muddy i wielu, wielu innych nie potrafili odkryć. Komnatę jednak, podobnie jak poprzedni tom czyta się z wielkim zaciekawieniem, towarzysząc trojgu młodym czarodziejom w ich procesie dochodzenia do prawdy, jak również codziennym, szkolnym życiu czy rywalizacji międzyszkolnej i sportowej.
„Komnata Tajemnic” to tom, w którym po raz pierwszy mamy do czynienia z rasą skrzatów domowych, które w następnych tomach okażą się niesłychanie ważnymi istotami. Skrzaty domowe, choć tak podległe czarodziejom, do których należą, tam im wierne i oddane, okazują się mieć potężną moc magiczną. Pod wieloma względami – potężniejszą od mocy czarodziei. Zgredek bowiem, podobnie jak inne skrzaty domowe, nie ma najmniejszego problemu z teleportacją na terenie szkoły magii i czarodziejstwa, co dla ludzie jest absolutnie niemożliwe, jak wielokrotnie przypomina historii, cytując „Historię magii” Bathildy Bagshot.
Sposób ukazania działań ministerstwa magii, w odpowiedzi na ataki, do których dochodzi w szkole, jest mocno niepochlebne. Choć braku kompetencji Korneliusza Knota domyślać się można już po jego nazwisku (które w oryginalnej wersji językowe brzmi fudge, które można przetłumaczyć jako fuszerstwo, partactwo), to głupota rządzących i przyzwolenie społeczne z jaką się spotyka zdaje się wręcz karykaturalne. Bo oto Knot w odpowiedzi na ataki w Hogwarcie przychodzi aresztować Hagrida, choć sam przyznaje, że nie wierzy w jego winę. „To nie jest kara Hagridzie, to tylko środek ostrożności. Jeśli schwytają kogoś innego, wypuścimy cię, przeprosimy” – mówi minister magii niewinnemu człowiekowi, którego zabiera do więzienia. Przychodzi mi tu na myśl skojarzenie ze skeczem Bohdana Smolenia, w którym padają słowa: „„Ci Amerykanie nie są tacy źli, oni najpierw napadną, a potem przeproszą”.
W drugim tomie słynnej sagii po raz pierwszy czytamy o wampirach, o których wspomina Hagrid, podejrzewając je o wymordowanie swoich kogutów: „Już drugiego zagryzło w tym semestrze [koguta] (…). Albo lisy albo jakiś popaprany wampir”. Aż do ostatniego tomu nie dowiadujemy się jednak niczego więcej o wampirach, prócz tego, że istnieją.
J. K. Rowling potrafi doskonale tworzyć charakterystyczne postacie, szczególnie zaś te, które świetnie wprowadzają czytelnika w stan irytacji. Wynika to oczywiście stąd, że cały świat przez nią wykreowany widzimy oczami Harrego, podlegamy więc również jego subiektywnym opiniom – jeśli jego ktoś irytuje, nas – czytelników – także, jeśli jemu się coś podoba, podoba się również i nam. Niemniej umiejętność tworzenia takich postaci jest, w moim odczuciu, jedną z przyczyn sukcesu serii. W „Komnacie Tajemnic” tymi nowymi postaciami są Colin Creevey i oczywiście Gilderoy Lockhart. Ten pierwszy, nie odstępujący na krok Harrego, będący, aż do swych ostatnich chwil, oddanym fanem szukającego Gryffindoru, drugi zaś, prawdopodobnie po cichu o niego zazdrosny narcyz.
W powieści kontynuujemy poznawanie magicznego świata – odwiedzamy prawdziwy dom czarodziejów – rodziny Weasleyów – oraz ulicę Śmiertelnego Nokturnu, drogę, przylegającą do ulicy Pokątnej, pełną sklepów z czarnoksięskimi artefaktami. Dom rodzinny Rona sprawia wrażenie, jakby przed prawem ciążenia, chroniły go czary, wewnątrz zaś mamy magiczny zegar, pokazujący czym dany członek rodziny się akurat zajmuje oraz mieszkającego na strychu ghula. Z niezwykłych magicznych przedmiotów poznajemy także niezwykły miecz Godryka Gryffindora, wykuty przez gobliny oraz, jak okazuje się znacznie później, jednego z horcruxów.
Także dobroć, empatia i chęć poświęcenie się głównego bohatera wydaję się chwilami karykaturalna. Chłopiec, nawet nie mogąc pomóc innym, tkwi w sytuacji, która może zaszkodzić jemu samemu – przykładem jest, gdy Harry znajduje spetryfikowanych Justyna i Prawie bezgłowego Nicka. Choć wie, że nawet sam Dumbledore nie jest w stanie pomóc ofiarom tajemniczej istoty, rzucającej klątwy na mieszkańców zamku, a ponadto – sam jest o owe ataki podejrzewany, stoi jak zahipnotyzowany, patrząc na ofiary bazyliszka. Cecha ta jednak, pozostaje z Harrym aż do ostatniego tomu, będąc zarówno wyśmiewaną, jak i wykorzystywaną przeciw niemu.
Powieść czyta się bardzo szybko i przyjemnie, a po jej przeczytaniu już myśli o tym, co może wydarzyć się dalej, wszak pod koniec „Komnaty Tajemnic” Dumbledore ostrzega, że Voldemort będzie szukać innej drogi do odzyskania ciała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz