Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa zawiera oczywiście całe mnóstwo interesujących, zwracających uwagę i wartych rozważenia wątków, jednak tym, który mnie zaintrygował są nawiązania do świata wykreowanego przez fińską pisarkę i malarkę – Tove Jansson. Autorka Muminków – bo to właśnie to dzieło uczyniło ją nieśmiertelną – jest swojego rodzaju patronką drugiego tomu Felixa, Neta i Niki, pojawiając się już w dedykacji na wstępie, w której autor napisał: „Tove Jansson za odrobinę magii w moim dzieciństwie”. Bardzo podoba mi się ta idea inspirowania się twórcami – nie na zasadzie tworzenia plagiatów, czy – mówiąc dosadniej – zrzynania od innych, ale właśnie nawiązywania do rozmaitych uniwersów. Czyni to utwór bogatszym, lecz również tworzy pewną więź w świecie literatury. Można wszak nie znać autorów, którzy mieli wpływ na naszych ulubionych pisarzy, lecz taka lektura wydaje mi się wówczas uboższa.
W drugim tomie trójka przyjaciół po pełnym wrażeń roku ma nadzieję na wakacyjny wypoczynek. W tym celu Felix, Net i Nika wyjeżdżają nad morze, gdzie ojciec jednego z bohaterów prowadzi badania nad tajemniczą, poniemiecką bazą wojskową… Z wypoczynku oczywiście niewiele wychodzi, zamiast tego jest masa niesamowitych przygód, niezwykłe odkrycie naukowe czy bardzo pouczające… podróże w czasie. Choć w założeniu lektura adresowana jest do nastolatków, to myślę, że może przypaść do gustu czytelnikom niezależnie od wieku. Tutaj również – w przeciwieństwie do pierwszego tomu – mamy raczej spójną historię, tworzącą powieść. Nie jest to jeszcze ten poziom, który autor osiąga w późniejszych częściach cyklu, jednak czytając ani przez chwilę nie można się nudzić.
Co oprócz dedykacji wiąże się ze szwedzkojęzyczną pisarką i malarką? Takich elementów jest kilka, a przynajmniej kilka udało mi się dostrzec. Na pewno najbardziej oczywistym jest historia z błyskawicznym zalesieniem domku latarnika, na widok którego Nika przyznaje zresztą, że jest to widok, który pewnie ucieszyłby Tove Jansson1. Podobny przypadek przytrafił się wszakże Muminkom w trzeciej części cyklu o przygodach białych stworków i ich przyjaciół – W dolinie Muminków. Niebieskie zjawy, podążające za superpaczką, które zdają się czerpać energię z wyładowań elektrycznych również przywodzą na myśl bohaterów stworzonych przez Jansson – Hatifnatów, co z kolei zauważa Net. Następnie mamy „Symfonię Mórz”, ratującą przyjaciół z pustyni – tak nazywał się statek Fredriksona, dzięki któremu młodemu Tatusiowi Muminka udaje się uciec z sierocińca w czwartym tomie cyklu pt. Pamiętniki Tatusia Muminka.
Ostatnim elementem, który skojarzył mi się z sagą o Muminkach jest wątek latarnika, a konkretniej – jego nieobecności. Gdy przyjaciele przybywają do Milo, latarnia morska nie działa, a o latarniku nic nie wiadomo – gdzie przebywa, co się z nim wydarzyło. Podobnie wygląda sytuacja w przedostatnim, ósmym tomie sagi o Muminkach – Tatusiu Muminka i morzu. Kiedy Muminki przybywają na opuszczoną wyspę, latarnia nie działa, a po latarniku nie ma śladu… Na wyspie ktoś wprawdzie mieszka, jego zachowania nie wskazują jednak, by kiedykolwiek mógł pełnić tak odpowiedzialną funkcję jak obsługa latarni. Tatuś Muminka stawia więc sobie za punkt honoru jej samodzielne uruchomienie. Dopiero pod koniec tomu okazuje się, że to właśnie ta niepozorna postać jest tutaj latarnikiem. Podobnie w Felixie, Necie i Nice, dopiero pod koniec tomu dowiadujemy się, że to niepozorny rybak, mruk i samotnik, odpowiadający na zadane pytania monosylabami jest w Milo latarnikiem.
Warto tutaj również wspomnieć o filmie, który powstał na podstawie scenariusza Felixa, Neta i Niki oraz Teoretycznie Możliwej Katastrofy. Film wprawdzie nie wyszedł najlepszy – zwłaszcza, jeśli ktoś ów pierwowzór literacki znał – jednak sam fakt jego istnienia jest swego rodzaju osiągnięciem. Ile bowiem polskich powieści młodzieżowych doczekuje się ekranizacji?
Co jednak złożyło się na niepowodzenie tej produkcji? W moim odczuciu były to przede wszystkim kiepski scenariusz i słaba gra aktorska odtwórców tytułowych postaci. Autorzy scenariusza (a więc i sam autor powieści wespół z reżyserem filmu – Wiktorem Skrzyneckim) nie mógł się chyba zdecydować czy film będzie kierowany do tych, którzy świat FNiN znają czy nie, przez co wydaje się mocno sztuczny. Oto bowiem bohaterowie po dziesięciu miesiącach przyjaźni i wspólnej nauki nie odkryli jeszcze prawdy o sobie nawzajem, więc widzom zostaje zaserwowana niezbyt przekonująca scena, podczas której Nika tłumaczy swoją sytuację domową. Z naukowców z kolei, a zwłaszcza z wyrozumiałego Piotra Polona zrobiona grupę idiotów, którzy nie potrafią rozwiązać prostej zagadki, co trójce dzieciaków zajmuje trzy minuty. Najbardziej ze wszystkiego razi jednak gra aktorska, potęgowana przez słabą dykcję aktorów – zwłaszcza grającego Felixa Polona Kamil Klier. Dialogi, które w powieści są lekkie i naturalne tutaj są zupełnie papierowe. Film prezentuje jednak, w moim odczuciu, podobny poziom, co – uwielbiane przez wielu – seriale adresowane do dzieci i młodzieży z lat 90-tych, jak Tajemnica Sagali, Słoneczna Włócznia itp., najwięcej zaś traci przez porównanie z książką.
Teoretycznie Możliwa Katastrofa to – prócz hołdu dla niezwykłej fińskiej autorki – także dowód niesamowitej wyobraźni autora, ale też sposób na bardzo przyjemne spędzenie wolnego czasu.
1R. Kosik: Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa. Warszawa 2012. s. 260.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz